|
Pamiętam pewne wakacyjne. Nie sposób zapomnieć ich, ponieważ tam poznałem swoją przyszła żonę, Monikę. Tak, Łeba zdecydowanie sprawiła mi ogromną niespodziankę. Przyjechałem tam do ciotki, siostry swojej matki, na wakacje, 2001 roku. Byłem wówczas studentem pierwszego roku studiów i nie miałem jeszcze wiele pojęcia o pracy. Właściwie żadnego, dlatego też wyjeżdżając do ciotki, myślałem raczej o trzymiesięcznej labie w nowym, nieznanym miejscu. A Łeba była obcym dla mnie miastem, czym tez zyskiwała bardzo w moim oczach. Na miejscu pojawiłem się po kilkugodzinnej, niezwykle nużącej i monotonnej podróży.
Wyszedłem z autobusu i wtedy zobaczyłem ją, gdy stała, rozglądając się na boki, czekając wyraźnie na kogoś. Uśmiechnąłem się do niej przyjaźnie. Była piękną dziewczyną. Długie, lniane włosy spadały jej wdzięcznie na jasne czoło. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Szczególnie, że nie przestawała się na mnie patrzeć a ja niemądrze stałem, jak ogłupiały, też na nią patrząc. Podeszła do mnie, pewnym krokiem. - Po raz pierwszy tutaj? – Zapytała, odgarniając włosy jednym, lekkim ruchem, który mnie oczarował. - Tak, przyjechałem do ciotki, na okres wakacji. Uśmiechnęła się ze zrozumieniem. Postanowiła mnie oprowadzić. - Łeba – mówiła, co chwila – jest w końcu moim rodzinnym miastem – i uznając to za wystarczające wytłumaczenie, przez kilka godzin chodziła ze mną po mieście, pokazując wszystko to, co mogłoby mnie zainteresować. W tym czasie też poznawaliśmy się, stopniowo coraz więcej o sobie wiedząc. Dziś Monika twierdzi ciągle, że po prostu musiała oprowadzić mnie po mieście, ponieważ „Łeba jest jej rodzinnym miastem”, przy czym uśmiecha się tajemniczo, ucinając wszystkie dyskusje. Nieistotne zresztą, ważne jest, że po prostu pojawiła się i została.
Wakacje 2001 roku uważam za najważniejsze ze wszystkich w moim życiu. Łeba nie mogła zrobić mi lepszej niespodzianki.



|